Tagi

, , , , , ,

Nadgorliwość jest czasem gorsza od faszyzmu…

Stare powiedzenie, a jakie prawdziwe.

alarm

Niedawno pisałam o tym Czy już się zaczęło? Czyli o fałszywym alarmie. Kto nie czytał to zapraszam: https://motherofappointment.wordpress.com/2014/04/06/czy-juz-sie-zaczelo/

Aktualnie niestety część dalsza 😦 Jak to czasem nadgorliwie można pomyśleć, że to już.

Swoją drogą zastanawiam się z czego to wynika – ale chyba znam odpowiedź na to pytanie. Całą ciążę czekamy na nasze Maleństwo i nie możemy się go najzwyczajniej w świecie doczekać. Hormony, które w kobiecie buzują tuż przed porodem wcale nie pomagają się uspokoić. Ciąża to też ciężki i trudny czas dla kobiety i pod koniec każdy marzy już o zakończeniu i rozwiązaniu. I generalnie można pewnie wypisać jeszcze co najmniej kilka innych powodów, ale to nie o to teraz chodzi.

Jak było tym razem? W świąteczną niedzielę byliśmy u teściowej i nagle po załatwieniu potrzeby fizjologicznej, siedziałam przy stole i nagle czuję jakby coś mi kapało. Hmm… podobne uczucie jak podczas odejścia wód płodowych w pierwszej ciąży. Więc pomyślałam, że to już 🙂 Pędem do łazienki, ale jakoś nie leciało tego dużo, raczej od czasu do czasu kropelki, więc stwierdziłam, że zaczekam.

Na następny dzień u mojej mamy czułam to samo (w końcu lany poniedziałek ;)). Ale ponownie to zignorowałam, bo w końcu nie lało się jak z kurka ani nie chlustało. Wieczorem ok 20:30 polało się troszkę więcej więc zaczęłam czytać w internecie co to może być. Sprawdzałam czy to nie mocz np. (jak wiadomo kobiety w ciąży również z tym mają niewielkie problemy), ale wszystko wskazywało na to, że to mogą być wody płodowe.

Dodatkowo oczywiście naczytałam się, że te wody mogą tak lekko uciekać i jest to bardzo niebezpieczne dla życia dziecka i że powinnam udać się do szpitala.

Tel. do mamy, aby przyjechała do Emilki i ponownie przygotowania do porodu.

Cieszyłam się 🙂 Chciałam, aby moja córeczka już się urodziła. Ponownie jak przy pierwszym porodzie, na spokojnie przygotowałam wszystkie rzeczy do szpitala, wzięłam prysznic, poprasowałam kilka rzeczy dla Emilki i męża. Nawet mówiłam, że w  sumie to życzyłam sobie, aby tak to się właśnie zaczęło – od odejścia wód, bo wtedy na spokojnie jedzie się do szpitala, a nie w bólach.

W szpitalu powiedziałam, że prawdopodobnie wody mi się sączą, i że jestem już na terminie porodu (chwilę po terminie z USG i chwilę przed terminem z OM). Prosiłam jednak (bałam się obsady lekarzy w święta – tu też za dużo w TV negatywnych historii), aby tylko mnie zbadali i sprawdzili, a nie przyjmowali od razu do szpitala. Poza tym stwierdziłam, że jak za pierwszym razem od momentu odejścia wód Emila urodziła się po 24h to mam jeszcze czas i jakby coś to wrócę z chęcią rano. Niestety lekarz bez badania powiedział, że jak wody to musi przyjąć i koniec. I tak się stało. Chwilę później na badaniu położna uznała, że to jednak nie wody tylko śluz i nic się nie dzieje. Tak na marginesie to była to ta sama położna, która przyjmowała mnie na oddział przy pierwszym porodzie i nie wspominałam jej zbyt miło – pomyślałam, że fajnie się zaczyna 😉 Ale nic – dalszy ciąg badań. Zrobiono mi KTG, lekarz zrobił kolejne bolesne badanie ginekologiczne i ostatecznie badanie USG poziomu wód. Wszystko było w normie więc ucieszona chciałam wrócić do domu 🙂 Niestety usłyszałam od lekarza, że jest to „skrajnie nieodpowiedzialne” i że muszę zostać. Przyjęto mnie na patologię ciąży i rozpisano badania na następny dzień.

Masakra. Nie chciałam tego! Czekać w szpitalu, aż się zacznie. Kiedy? Jutro, pojutrze? Za tydzień? Myślałam o Emilce, jak sobie poradzi bez mamy – ostatnio się przywiązała i czasem za mną płacze jak zostanie z tatą. Pół nocy nie mogłam zasnąć.

Na szczęście rano KTG dobre. Skurczy brak. Badania krwi pobrane i lekarz na obchodzie, który mówił, że czekamy. Wtedy zapytałam go czy jest sens – w końcu nic się nie dzieje, a ja mam w domu dziecko. Lekarz był wyrozumiały i nie widział zagrożenia – w końcu to nie wody. Powiedziałam, że mam bardzo blisko do szpitala i jak coś to szybko dojadę. Zrobił mi jeszcze na koniec badanie i powiedział, że mogę iść do domu!  Jakie szczęście! 🙂 kto chce siedzieć w szpitalu bez powodu??

Podczas tej „wycieczki” przypomniałam sobie jak to było za pierwszym razem i choć ogólnie nie wspominam źle porodu (Zapraszam do postu Poród, kto nie czytał) to ogarnął mnie strach. Zazdrościłam też tej kobiecie, która była na sali porodowej obok – krzyczała, ale chwilę później słyszałam płacz dziecka. To chyba najpiękniejszy i upragniony płacz przez rodziców.

Dziś mam termin z OM (właściwie to nie kumam tego – bo niektórzy wyliczają mówi termin z OM na 23.04 a niektórzy na 24.04 – a data miesiączki się nie zmieniła ;)) i jak na razie nic się nie dzieje. Marzę już o tym, aby Hania była z nami.

Powiem też szczerze, że najzwyczajniej w świecie się też boję. Boję się o to, aby poród przeszedł bez szwanku dla Hani, aby urodziła się zdrowa, aby nie miała już żadnych zagrożeń. Jak będzie ze mną już na świecie to będę wiedzieć, że mogę ją chronić. Dzieci są takie bezbronne…

Trzymajcie kciuki, aby ta godzina nadeszła już szybko – bardzo bym tego chciała 🙂

Reklamy