Tagi

, , , , , ,

Rok 2011… Początek… Dowiaduję się, że jestem w ciąży 🙂 cudowna wiadomość, nieopisana radość, ogromne szczęście i początek trudnej i wymagającej, bezwarunkowej miłości…
Od tamtej chwili bezustannie martwię się o najważniejszą osobę w moim życiu. To straszne uczucie, kiedy 24h/dobę masz poczucie, że jesteś bezsilna wobec całego zła tego świata i tak do końca wiesz, że nie uchronisz swojego Maleństwa przed wszystkim.
Już od początku ciąży stale martwiłam się czy donoszę Emilkę, czy będzie zdrowa… Z wielkimi obawami czekałam na kolejne USG, aby się upewnić, że jest dobrze… Okropne uczucie, które nie chciało odejść!
Miałam nadzieję, że po porodzie minie to uczucie, ale dopiero się wszystko zaczęło. Pierwsze noce nieprzespane wcale… Każdy kwęk, który stawia na równe nogi… Historie o śmierci łóżeczkowej… Złe odśluzowanie Emilki w szpitalu… Już nigdy nie będę taka jak dawniej. Już zawsze będę matką, która się zamartwia, pewnie przesadza, histeryzuje i najlepiej trzymałaby dziecko pod kloszem z uwagi na wszystkie niebezpieczeństwa tego świata. Ale nie można pozbyć się tego uczucia, tej odpowiedzialności! Kto raz się nią ” zaraził” wie, że powrót nie jest możliwy – dojrzałam do roli matki i już tego nie zmienię.
Jak to wygląda na co dzień? Przesadzam! Wiem to i staram się z tym walczyć, ale jak widzę, że Emilka się na coś wspina, albo schodzi sama ze schodów, bo umie to robić, nie mogę się powstrzymać, aby ją asekurować. Widzę w oczach swojej wyobraźni jak spada i robi sobie krzywdę. Nie pozwalam biegać z kredkami, ostrzegam przed wszystkim. Wiem, że czasem przesadnie, ale nie chcę aby na własnej skórze przekonała się, że będzie boleć. Czy to źle? Czy jestem złą matką?
Nie chcę „wychuchać swojego dziecka”, ale jestem na najlepszej drodze do tego. Mam trochę nadzieję, że jak urodzi się Hania to troszkę mi przejdzie ta nadopiekuńczość, ale puki co wiem, że przesadzam.
Teraz wspomnienie czegoś co kształtuje w człowieku jeszcze większy strach o dziecko i sprawia, że człowiek już nigdy nie patrzy jak kiedyś.
Marcowy weekend 2013 r. Ja, mąż i Emilka jesteśmy w domu, bawimy się, jemy i jak zwykle spędzamy czas. Emilka ma 1,5 roku. Nagle widzimy coś dziwnego, jej wzrok ,na dosłownie 2-3 sek, ucieka w lewy górny róg, na chwilę wyłącza się, po czym wraca do normy…
Panika, strach… – co się dzieje?
Gdy sytuacja się ponawia, zaczynam się martwić, dzwonię do babci czy coś zauważyła… Nic…
Gdy w ciągu najbliższych dwóch dni sytuacja się powtarza i nasila (ok 15 wystąpień w ciągu 3h), dzwonimy do pediatry.
Nagraliśmy filmik, aby dokładnie zobaczyć co się dzieje i pokazać lekarzowi.
Po konsultacji z lekarzem skierowanie na diagnostykę na oddział neurologiczny do Centrum Zdrowia Matki i Dziecka. Po kilku dniach przyjęcie na oddział i strach co dalej. Podejrzenie – padaczka.
Moje dotychczas zdrowe dziecko nagle było w szpitalu…
Trudno opisać to co wtedy przeżywałam! Gdy mąż zadzwonił, że musimy szybko jechać po skierowanie i do szpitala (ustalił to na konsultacji z neurologiem), świat mi się załamał. Pamiętam, że byłam na jakiejś gali w pracy, że strasznie płakałam i nie potrafiłam się opanować… Dobrze, że mąż był na tyle trzeźwo myślący, bo ja nawet nie wsiadłabym za kierownicę samochodu. Przyjechał po mnie, szybko do lekarza, po Emilkę i do szpitala w Katowicach…
Świat się dla mnie zatrzymał…
Nie potrafiłam myśleć, nie potrafiłam skupić się na niczym… Chodziło o moją małą córeczkę!
Ten kto nie przeżył czegoś takiego nie wie… Codzienna panika o dziecko na placu zabaw to pestka… Takie przeżycie to trudna miłość!

Pobyt w szpitalu to najtrudniejsza część.
Pierwszy raz jest ciężki bo nie wiesz czego się spodziewać, każdy następny raz jest chyba nawet gorszy, bo już wiesz…
Najgorsza niepewność, niedoinformowanie, czekanie na badania i na ich wyniki. Idziesz do szpitala ze zdrowym dotychczas dzieckiem i zderzasz się z rzeczywistością. To jak kubeł zimnej wody, gdy widzisz jak inne matki walczą o swoje dzieci już od malutkości. My nie mieliśmy takich problemów – chwała Bogu za to! Każde dziecko z tego oddziału przytuliłabym i zabrała ze sobą! Dobrze, że zdecydowana większość z nich miało przy sobie mamę lub tatę. Na oddziale dzieci do lat 3 a przy przyjęciu pytanie czy ktoś zostaje z dzieckiem czy nie… Jak można nie zostać? Widocznie można, były też takie przypadki.

Początki nie były takie złe. Emilka dzielnie znosiła badania, studentów zagranicznych, którzy kilkakrotnie ją badali. Najtrudniejsze dla mnie było poznanie historii innych dzieci, które od pierwszych chwil życia walczą, które walczą o ostatnie chwile… dzieci, które mają ogromne problemy i nigdy nie będą w stanie funkcjonować jak Emilka… Nasze problemy i prawdopodobna diagnoza, wydawały się być czymś bardzo błahym – a jednak umierałam ze strachu.

Najgorsze było badanie – rezonans magnetyczny. Na moich rękach usypiano Emilkę i widziałam jak odpływa – jakby odchodziła na zawsze! To straszne, nie mogłam opanować płaczu! Potem czekanie na wyniki, bo w końcu padaczka to tylko jedna z możliwych diagnoz… Wierzę w Boga i wierzyłam, że wszystko będzie dobrze, ale jak robisz takie badania, oznacza to, że potencjalnie może coś w nich wyjść niepokojącego. Wynik EEG nie rozstrzygnął diagnozy. Coś wyszło, ale nie wiadomo co. Na szczęście inne wyniki w normie i czekanie na całodobowe EEG – holter.

Jedyna pozytywna rzecz to badania psychologiczne. Pani psycholog sprawdzała poziom rozwoju Emilki (przy padaczce dzieci zazwyczaj rozwijają się troszkę wolniej) i po badaniu pogratulowała mi – wydała opinię, że Emilka rozwija się ponadprzeciętnie, że jest na 92 centylu, czyli tylko 8% dzieci w jej wieku rozwija się szybciej… W tej chwili wydaje się to być błahostką, ale wtedy w szpitalu potrzebowałam każdej pozytywnej informacji, aby się trzymać.

Pierwszy tydzień mamy za sobą w szpitalu – jedno badanie i do domu, a tu klops – Emilka złapała rotawirusa 😦

tragedia, masakra, katastrofa… kto nie widział jak męczy się maluch przy tej chorobie ten nie wie…

Izolatka i dieta (choć Emilka nie chciała nic jeść)… kroplówki, nawadniania, ciągłe zbijanie gorączki, biegunki, wymioty… W takich chwilach Matka marzy o jednym – aby ulżyć dziecku, nawet kosztem swojego cierpienia!

Zachorowaliśmy na oddziale, na którym teoretycznie są zdrowe dzieci (w sensie takich infekcji), na którym dokonuje się diagnozy i aby wykonać badania trzeba być zdrowym! Ale niestety w szpitalu nic wprost nie powiedzą. Nie uprzedzą, że panuje wirus i trzeba uważać, jak się przed tym bronić – jak się myć często itd. Można było tego uniknąć!

Po 3 dniach było lepiej, Emilka zaczęła pić, dużo pić – wszystko notowałam, aby wiedzieć dokładnie ile pije. Zaczęła powoli jeść – uwielbiała banany… Po tygodniu chcieliśmy wejść (i tak na kolejne badanie mogłyśmy wrócić po co najmniej 2-3 tyg. od choroby), badanie wykazało, że wirus jeszcze jest w kale – ale wypisałyśmy się na własne życzenie. Nie potrafiłam już tam wytrzymać, a byłam też pewna, że Emilka jest zdrowa i to tylko kwestia czasu, aby badanie kału to potwierdziło. Matka widzi, kiedy dziecko jest chore, nie ma apetytu, sił na zabawę i przelewa się dosłownie przez ręce, a kiedy już pełne sił biega, bawi się i trudno jest je utrzymać w izolatce, gdy na korytarz biegają inne dzieci. Poza tym chcieli nas przenieść na oddział biegunkowy – bałam się, że złapiemy coś innego dodatkowo 😦

Czas ogromnie trudny, na który nie można się nigdy przygotować. Czas, który łączy i zbliża do siebie niesamowicie… Czas, w którym walczysz o swoje dziecko, ale też uodparniasz się na ciężkie sytuacje (Emilka jak nie miała problemów z pobraniem krwi, tak po rota, kiedy miała kilka zastrzyków dziennie – zaczęła reagować źle na biały fartuch – tylko płacz i tulenie, mocne tulenie)…

Druga wizyta przebiegła spokojniej. Ja byłam troszkę spokojniejsza, choć badanie EEG całodobowe (holter) było strasznie męczące – trudno było utrzymać Emilkę z czepkiem na głowie. Po tygodniu diagnoza – to nie padaczka! 🙂 Brak też innych podejrzeń, widocznie taką ma ‚urodę’ z tymi lekkimi wyładowaniami, a napady wzrokowe już nigdy się nie pojawiły.

Dziękuję Bogu, że moje dziecko jest zdrowe! Jednocześnie bardzo wspieram duchowo matki, które taką walkę o dziecko mają codziennie. Codzienny strach, walka, zbieranie sił na kolejny dzień… Nie bez powodu mówi się, że kobiety są bardzo wytrzymałe i dużo silniejsze niż mężczyźni.

trudna miłość

Trudna miłość to miłość wymagająca poświęceń, siły, wytrwałości. Taka jest miłość rodzicielska, matczyna!

Pozdrawiam wszystkie matki, które na co dzień borykają się ze swoją miłością – nie tylko tą najtrudniejszą…

Reklamy