Tagi

, , , , , , ,

10.09.2011 r. jestem w 40 tc i mam termin porodu…

Dziś ślub i wesele ma kuzynka, więc razem z mężem poszliśmy na ślub (na wesele mówiliśmy, że nie przyjdziemy z wiadomych względów), ale jakoś tak wyszło, że również pojechaliśmy na zabawę.

Jak się bawiłam? Super, tańczyłam – może nie skakałam, ale poruszałam się całkiem sprawnie. Bawiłam się do 23:00, potem kręgosłup odmówił mi posłuszeństwa i pojechaliśmy do domu.

Do 3:00 nie mogłam zasnąć, dopiero później położyłam głowę do poduszki i usnęłam.

Nie spałam długo, bo mieliśmy jeszcze iść na uroczysty obiad, więc ok 8:00 chyba już byłam na nogach. Zresztą trudno spać dłużej przy ogromnym ucisku na pęcherz moczowy 😉

Pojawiły się też jakieś twardnienia brzuszka – niewielkie. Pamiętam, że je odnotowałam, ale nie były regularne i nie nasilały się więc było ok.

Godzina 9:30 stoję w pokoju i mówię do męża, że coś mi leci i nie mogę tego zatrzymać. Stałam i lekkim ciurkiem, jak się potem okazało, leciały mi wody płodowe. Oczywiście tyle się nasłuchałam, że wody to chlustają i generalnie od razu jest wielka powódź – więc szukamy w wujku google i już wiemy. Tak! To poród, wody płodowe zaczęły lecieć. Tu zaczęła się jeszcze częstsza seria wycieczek do łazienki – no bo cały czas leciało.

Poczytałam notatki ze szkoły rodzenia – Nie muszę jechać od razu do szpitala! Wody przezroczyste czyli jest ok, bóli nie ma, więc na spokojnie mamy czas.

Dopakowałam wszystkie moje rzeczy do szpitala – zawsze są takie, które pakujesz na końcu – jak np. dokumenty, klapki, itd. wykąpałam się. Wyprasowałam mężowi koszule na najbliższe kilka dni. Trochę ogarnęłam domek i z uśmiechem na twarzy, spacerkiem poszliśmy do auta 🙂 Wiecie…tak na zupełnym luzie… Spotkaliśmy jeszcze sąsiadkę i mówimy, że jedziemy bo się zaczęło 🙂

Po drodze jeszcze wstąpiliśmy do sklepu po wodę min. bo akurat zabrakło  w domu – tzn. mąż wstąpił, bo ja się bałam, że przecieknę cała 😉

W szpitalu rejestracja, przebranie się w koszulę do rodzenia i wycieczka na porodówkę.

Na porodówce „same przyjemności” – czyli  badanie wstępne przez położną. Co za okropna baba – najgorzej właśnie ją wspominam! Zbadała mnie, boleśnie, i jeszcze zaczęła narzekać, że nie mam rozwarcia, że po co przyjechałam, że coś nie tak dobrze, ze ułożone – nie do końca pamiętam co. Jakby to była moja wina? Przecież na szkole rodzenia mówili, żeby na spokojnie do 2h pojechać do szpitala przy odejściu wód. My w szpitali byliśmy po 12:00 więc nie za szybko, a to, że nie mam skurczów no to już trudno.

Kolejna „przyjemność” to lewatywa. Oczywiście ja osobiście jestem bardzo za tym, żeby ją wykonać – nie chciałabym zrobić wszystkiego co mam w jelitach na sali porodowej, ale wypadałoby chociaż uprzedzić i powiedzieć co i jak, a nie przekonać się o tym, jak się poczuje rurkę w odbycie.

Po tych niezbyt udanych początkach, przeszliśmy z mężem na salę porodową. Sale ładne, odnowione, zadbane. Coprawda nikt nie interesował się nami tak nagminnie, ale teraz domyślam się, ze to nie tylko fakt tego, że była niedziela i pewnie mniejsza obsada, ale najzwyczajniej w świecie nic się u mnie nie działo. Nie miałam żadnej akcji porodowej.

Po tym jak poprzedniego wieczora mogłam jeść pysznosci na weselu, nie miałam już później nic w ustach – byłam strasznie głodna. Jak wiadomo nie można było nic jeść już podczas porodu – położna powiedziałam nam jednak, ze klarowny rosołem lub czekoladę jak najbardziej. Mąż wyruszył na poszukiwania tych pyszności na miasto. Nawet nie wiecie jak smakowały kosteczki czekolady i łyki rosołku 🙂

Ok 17:00 lekarz zdecydował się na podpięcie mi kroplówki z oksytocyną. Ucieszyłam się, bo miałam nadzieję, że to pomoże. Pomogło… miałam częste skurcze. Później już umierałam, bo skurcze jak w zegarku były co 2 min i trwały 1 min. My oczywiście z mężem uradowani, no bo przecież te skurcze są potrzebne, by urodzić córkę.

Ale chwila rozczarowania, jak przy kolejnych badaniach gin. okazało się, że nadal rozwarcia brak 😦

Bardzo bolało. Starałam się chodzić, potem leżeć, siedzieć na piłce. Mówiłam położnym, że boli to tylko czopek przeciwbólowy dostałam – który w zasadzie nic nie pomógł.

Ok godziny 23:00 lekarz zlitował się nademną i kazał odłączyć oksytocynę, przekonała go do tego położna, która widziała, że już padam powoli z sił. Mężowi kazali jechać do domu, aby wypoczął i się wyspał – zapewnili go też, że do rana napewno nie urodzę.

W nocy ja się już nie wyspałam. Co 5 min budziły mnie już moje skurcze, które się zaczęły i bardzo bolało. Żałowałam, że jestem w tym czasie sama, ale wyjścia nie było.

Kojarzę, że o 4:00 powiedziano mi, że rozwarcie już na 4 cm, więc coś się ruszyło.

Ok 7:00 podpięto mi KTG i miałam je już długo podpięte, ok 1h bo coś nie podobało się z tętnem Emilki. Nawet chciałam zakrzyczeć, że błagam niech już zrobią CC i wyciągną ją – ale nie zawołałam. Bardzo nie chciałam CC. Nie chciałam też krzyczeć, bo przecież sama chciałam mieć swoje serduszko i w moim odczuciu narzekanie teraz, że boli byłoby  obłudą. Tak mi się wtedy wydawało. W końcu cierp ciało coś chciało.

Na szczęście sytuacja u Emilkii się uspokoiła i nic się nie działo. Zbliżała się godzina 8:00 i skurcze coraz mocniejsze. Bałam się wtedy,  że zostanę z tym sama. O 6:00 dzwoniłam już do męża i w końcu na 8:00 dotarł. Uf… co za ulga. Jak dobrze, gdy jest obok.

Nagle czuję coś dziwnego, jakbym musiała do ubikacji, jakbym musiała tak strasznie mocno przeć. Mąż poszedł po położną i okazało się, że mam bóle parte. Była godzina 9:00. Z tego momentu nie pamiętam wiele, tylko tyle, że nagle w sali pojawiło się więcej osób, położnych, lekarz… nagle rozkładali jakoś inaczej łóżko, na którym leżałam, przygotowywali miejsce dla Emilki do ważenia. Pamiętam tyle, że mocno ciągłam nogi do siebie  i parłam.

W pewnej chwili usłyszałam, że widać już główkę – dotknęłam jej i to było piękne i dało mi więcej siły do ostatniego parcia. Chwilę później było po wszytskim.  O 9:20 urodziła się Emilka, 52 cm, 3400g.

Wszystkie mięśnie mojego ciała się trzęsły i na brzuszek dosłałam mojego małego kurczaczka. Tak mi się skojarzyło wtedy, bo Emilka była taka ubrudzona i śliska… była moja 🙂 Mąż zrobił nam nawet wtedy zdjęcie, któr nie do końca wyszło. Jak je znajdę to umieszczę 🙂 Pamiętam, że chcieli mi dać ją do karmienia, ale potem ktoś się oburzył, że mam jeszcze stanik – a przecież, nikt nie mówił, ze mam nie mieć 😦 cały czas chodziłam w staniku, bo leciała mi siara i tak mi było wygodniej. Szkoda, że nikt nic nie powiedział.

Potem przecinanie pępowiny honorowo przez tatusia 🙂

Chwilę później na sali zostałam sama, sama tzn. z lekarzem, który mnie zszywał. Mąż poszedł z Emilką.

Tę chwilę wspominam najgorzej. Było to zszywanie. Nawet nie poczułam, że zostałam nacięta – pytałam o to w międzyczasie męża, który się zdziwił, że nie widziałam. Że przecież w jednej chwili z małej dziury zrobiła się taka ogromna 😉 To dobrze, że nie wiedziałam, bo oznacza to że w odpowiednim momęcie zostałam nacięta.

Zszywanie jednak było straszne. Moje mięśnie, nerwy, wszystko się trzęsło. Lekarz znieczulał mnie miejscowo, ale i tak było czuć. I nie zapomnę tego do końca życia, jak powiedział „i jeszcze jeden szew dla męża”. Wtedy byłam trochę mało świadoma, a szkoda… teraz wiem, że już nigdy nie pozwolę na coś takiego. To zwykłe barbarzyństwo!

Jak się potem okazało, zszyta byłam źle. Rana po zdjęciu szwów – bo nie dostałam rozpuszczalnych – rozeszła się i długo dochodziłam do stanu, aby czuć się dobrze. Jeszcze dłużej po „szwie dla męża”…

Położna ściągała szwy, łącznie 12 szt. a przy wizycie u lekarza po 4 tyg od porodu, ściągał mi jeszcze wew. bo też nie były rozpuszczalne 😦 Nie wiem ile ich było, ale jeszcze długo po porodzie co jakiś czas wypadały jakieś ze środka.

Na sali porodowej nie mogłam zostać 2 h, jak to zwykle ma miejsce, bo kolelka do rodzenia była długa. Zabrano mnie od razu na salę do innych kobiet po porodzie i mogłam wreszcie nacieszyć się swoim maleństwem.

To CUD… prawdziwy CUD, że rodzimy dzieci w takich okolicznościach… Że przez 9 msc rosną u nas pod serduchem i rodzą się zupełnie zależne od nas…

Poród nie należy do najprzyjemniejszych, ale nie wyobrażam sobie nie przeżyć tego. Nie oddałabym nikomu mojej córeczki i choć teraz przeraża mnie drugi poród, bo mam już bagaż doświadczeń z pierwszym, nie będę panikować 😉 staram się…

Teraz jestem bardziej świadoma tego czego chcę i co mi się należy.

Ze strony Fundacji Rodzić po Ludzku, świągnęłam przykładowy plan porodu i wypełniłam. Chcę go oddać położnej przy przyjęciu do szpitala, tak aby odpowiednio się mną zajęli.

Wiele kobiet ma wręcz traumatyczne przeżycia związane z porodem. Do tego stopnia, że skutecznie zniechęca to do kolejnego dziecka. A nie tak powinno być. Poród sam w sobie jest bolesny.  Należy się nam – kobietom – trochę godności!

O  pierwszych chwilach razem z córką niebawem…

Reklamy